Śmietnik wyborczy, czyli zawody w tapetowaniu

Jeszcze dwa tygodnie do wyborów. Dwa tygodnie kampanii wyborczej, której w tym roku przyglądam się szczególnie dokładnie. Nie tylko dlatego, że biorę w nich i czynny i bierny udział, ale również jako użytkowniczka dróg, parków, sklepów czy kierowca przemierzający setki kilometrów tygodniowo po drogach naszej aglomeracji.
Nie, nie zamierzam pisać o polityce. Ta dyskusja wylewa się przecież z każdego miejsca, z tv, radia, prasy. Chcę się podzielić swoja refleksją o formie, nie treści tego co nas otacza od paru tygodni i jeszcze parę tygodni otaczać będzie.
Czy to jest kampania na program? Na wizję? Na dotarcie do wyborcy i przekonanie go do siebie? Czy na ilość wydrukowanego papieru i metrów kwadratowych folii zasłaniających po horyzont krajobraz naszych miast? Innymi słowy- na budżet? Czym się dziś robi kampanię? Pieniędzmi oto.Głównie.  Niestety.
Agencje reklamowe, drukarnie czy właściciele powierzchni reklamowych, słupów ogłoszeniowych i latarni miejskich ogłosili żniwa. Wydawane na ten cel kwoty przyprawiają o prawdziwy zawrót głowy. Pozwalając sobie na ironię można stwierdzić, ze oto jak na dłoni widać sposób na ożywienie polskiej gospodarki. Wybory dwa razy do roku i w branży zapanuje Eldorado.
Tylko jaki to ma sens?
Jaką szansę w wyborach ma nieduży komitet wyborczy lub kandydat, który nie może sobie pozwolić na wydanie stu czy dwustu tysięcy? Czy naprawdę kandydaci uważają, że nie liczy się program, pomysł, doświadczenie, rozmowa, a li jedynie ogromne płachty z nazwiskiem? Niektórzy  nawet nie pokusili się o aktualne fotografie, może, żeby wyborcy nie zdezorientować, w końcu nie od dziś wiadomo, że najbardziej lubimy te piosenki, które już słyszeliśmy, a przez 20 lat zdążyliśmy się już opatrzyć z twarzami naszych kandydatów na posłów i senatorów na plakatach. A, że wyglądają dziś inaczej… Ot, drobiazg. Zobaczenie wielu z nich  „na żywo” i tak jest mało prawdopodobne dla większości wyborców.

Podczas moich spotkań z mieszkańcami  słyszę bardzo często: zawiesili nam całe latarnie a nawet nie wiemy kto to jest, czym się zajmuje, co chce dla nas zrobić?
Czy naprawdę wyborczego szaleństwa nie można w jakiś sposób opanować? Spróbujmy to sobie wyobrazić: jeden folder wyborczy, w którym każdy kandydat ma tyle samo miejsca na przedstawienie siebie i swojego programu, folder dostarczany do wszystkich skrzynek pocztowych, może dołączony do lokalnego dziennika, równa ilość miejsca antenowego w publicznej TV i w publicznym radiu. Utopia? Ale czy wybory nie miałyby wtedy większego sensu, ludzie nie byliby mniej poirytowani a miasta mniej zaśmiecone? Czy naprawdę tych setek tysięcy wydanych na makulaturę nie można wykorzystać w inny, bardziej użyteczny dla regionu sposób?
Są miasta ( jak Chorzów, i to im się bardzo chwali), które przeznaczają specjalne tablice na materiały wyborcze. Ale w innych za możliwość pokazania po jednym swoim plakacie na betonowych słupach ogłoszeniowych trzeba zapłacić nawet 3000 zł za tydzień, miejsce na latarniach może być jeszcze droższe. Myślę, że komentarz jest zbyteczny a każdy ma własne refleksje w tym temacie.

Pojawiła się tez w naszym kraju nowa dyscyplina sportu, dyscyplina, w której jak nic możemy aspirować do tytułu mistrzów świata nie obawiając się konkurencji. Wyścigi w tapetowaniu. Główne reguły tej gry polegają na sukcesywnym zaklejaniu się nawzajem, im sprytniej, im szybciej tym lepiej. Oto nakleja się plakat w przeznaczonym miejscu, a dziesięć minut później przyczajona w cieniu konkurencja chlast chlast, zakleja swoim. I tak w kółko. Swoiste warsztaty papier-mâché… Zamiast oklasków i wiwatów kibiców słychać tylko dźwięk zacierania rąk przez właścicieli drukarni :)
Za dwa tygodnie zostanie z tego  kupa śmieci, niepotrzebnej już makulatury zalegającej nasze ulice, banery trafią na wysypiska śmieci, ulotki do śmietników ( choć niektóre twarze towarzyszyć nam będą pewnie aż do Sylwestra, gdyż po wyborach jakoś dziwnie opada energia do spełniania deklaracji posprzątania po sobie).
Jednym pomysłem chcę się podzielić. Zróbmy choć z części tych niepotrzebnych już materiałów jakiś użytek. Przeróbmy banery na przykład na torby i zlicytujmy na jakiś szczytny cel. Torby z banerów klubów sportowych są dziś hitem w świecie i sprzedają się za spore pieniądze. Politycy też mają przecież swoich fanów, prawda? No to dzieła koledzy kandydaci. Ja składam taką deklarację, wiem już nawet na jaki cel chcę je zlicytować.

Polityka nie musi być sztywna i nadęta. nie musi być papierowa. Niech się ten wyborczy śmietnik przynajmniej do czegoś przyda. Trochę humoru i rock and rolla, proszę państwa

z tomiku „Przez przypadki”, wyd. Śląsk 2010

* * *

Ach
Nawet nie wiemy jacy jesteśmy zabawni
Śmieszni Hamleci
Głupawe Ofelie
Krzywe Desdemony z chudymi szyjami
Naskrobani krzywym piórem Stwórcy

Rzucamy się na siebie, walczymy, kochamy
Ściśle według scenariusza
Idealnie obsadzeni
Blade amantki, tłuste heroiny
Nieważni halabardnicy

Wygłaszamy monologi
Zdradzamy tajemnice
Przyczyna, skutek, puenta
Śmiech

Na niewidzialnych linkach tańczymy
Szarpiąc się czasem, choć bez przekonania
Sypiemy puder na pomarszczone twarze
Jeszcze ujdzie z daleka

Ściśle określona ilość łez
Pocałunków, uśmiechów
I wejść z prawej
W drugim akcie

Byle dotrwać do ukłonów
Na pozornie własnych nogach
Kurtyna spada zawsze nieoczekiwanie
Cisza…

no to zaczynamy …

Dzień dobry.  Albo dobry wieczór. W końcu Internet jest całodobowy.

To mój pierwszy wpis na blogu, więc przede wszystkim wypada się przywitać. Przywitać i przedstawić. Trochę się czuję jeszcze niepewnie stawiając tu pierwsze kroki. Ale podobno najtrudniejszy ten pierwszy krok…

Nazywam się Aleksandra Gajewska, ale nikt, kto mnie bliżej zna nie nazywa mnie Aleksandrą. A ja chcę, żebyśmy się bliżej poznali, więc będę się podpisywać tak, jak mówią do mnie przyjaciele. Ola.

A więc jestem Ola. I jestem straszną gadułą, z którą to wadą walczę ze skutkiem niezmiennie mizernym, aczkolwiek dzielnie i od lat. Moi znajomi odetchną może z ulgą w nadziei, że część mojego gadulstwa znajdzie swoje ujście na blogu. Nie obiecuję :)

A pisać chcę o wszystkim. O tym co mnie wzrusza, przejmuje, denerwuje, cieszy. Chcę się z Wami dzielić swoimi pomysłami, wątpliwościami i radościami.

Zacznę jednak od podziękowań.

Nigdy się nie odważyłam pisać bloga, nigdy, dopóki nie poznałam pewnej fantastycznej dziewczyny, której niezwykła energia dodała mi odwagi. I która stworzyła tę stronę. Dziękuję Ci, Eva, jesteś wielka!