„Przez przypadki”

10351735_943241322370933_66976830170465365_n

* * *

Tamta kobieta ma dłonie łagodne
Blade paznokcie
Kroi chleb

A ja mam szpony czerwone od krwi
I usta głodne
Twojej silnej szyi

Tamta kobieta rozpina na sznurach
Sprane dowody
Misjonarskich nocy

A ja mam sznury włosów rozsypane
I pętam nimi
Moje nagie uda

Tamta kobieta gładzi twoje skronie
Przynosi rano
Filiżankę kawy

A ja po sen się w wino zanurzam
Byle nie czekać
Na niedoczekane

Obie stoimy nocą w ślepych oknach
Tej samej gwiazdy szukając
Czy Boga
Z niemą wdzięcznością i z głuchą rozpaczą
Jedną modlitwę szeptamy
Kocham

Śmietnik wyborczy, czyli zawody w tapetowaniu

Jeszcze dwa tygodnie do wyborów. Dwa tygodnie kampanii wyborczej, której w tym roku przyglądam się szczególnie dokładnie. Nie tylko dlatego, że biorę w nich i czynny i bierny udział, ale również jako użytkowniczka dróg, parków, sklepów czy kierowca przemierzający setki kilometrów tygodniowo po drogach naszej aglomeracji.
Nie, nie zamierzam pisać o polityce. Ta dyskusja wylewa się przecież z każdego miejsca, z tv, radia, prasy. Chcę się podzielić swoja refleksją o formie, nie treści tego co nas otacza od paru tygodni i jeszcze parę tygodni otaczać będzie.
Czy to jest kampania na program? Na wizję? Na dotarcie do wyborcy i przekonanie go do siebie? Czy na ilość wydrukowanego papieru i metrów kwadratowych folii zasłaniających po horyzont krajobraz naszych miast? Innymi słowy- na budżet? Czym się dziś robi kampanię? Pieniędzmi oto.Głównie.  Niestety.
Agencje reklamowe, drukarnie czy właściciele powierzchni reklamowych, słupów ogłoszeniowych i latarni miejskich ogłosili żniwa. Wydawane na ten cel kwoty przyprawiają o prawdziwy zawrót głowy. Pozwalając sobie na ironię można stwierdzić, ze oto jak na dłoni widać sposób na ożywienie polskiej gospodarki. Wybory dwa razy do roku i w branży zapanuje Eldorado.
Tylko jaki to ma sens?
Jaką szansę w wyborach ma nieduży komitet wyborczy lub kandydat, który nie może sobie pozwolić na wydanie stu czy dwustu tysięcy? Czy naprawdę kandydaci uważają, że nie liczy się program, pomysł, doświadczenie, rozmowa, a li jedynie ogromne płachty z nazwiskiem? Niektórzy  nawet nie pokusili się o aktualne fotografie, może, żeby wyborcy nie zdezorientować, w końcu nie od dziś wiadomo, że najbardziej lubimy te piosenki, które już słyszeliśmy, a przez 20 lat zdążyliśmy się już opatrzyć z twarzami naszych kandydatów na posłów i senatorów na plakatach. A, że wyglądają dziś inaczej… Ot, drobiazg. Zobaczenie wielu z nich  „na żywo” i tak jest mało prawdopodobne dla większości wyborców.

Podczas moich spotkań z mieszkańcami  słyszę bardzo często: zawiesili nam całe latarnie a nawet nie wiemy kto to jest, czym się zajmuje, co chce dla nas zrobić?
Czy naprawdę wyborczego szaleństwa nie można w jakiś sposób opanować? Spróbujmy to sobie wyobrazić: jeden folder wyborczy, w którym każdy kandydat ma tyle samo miejsca na przedstawienie siebie i swojego programu, folder dostarczany do wszystkich skrzynek pocztowych, może dołączony do lokalnego dziennika, równa ilość miejsca antenowego w publicznej TV i w publicznym radiu. Utopia? Ale czy wybory nie miałyby wtedy większego sensu, ludzie nie byliby mniej poirytowani a miasta mniej zaśmiecone? Czy naprawdę tych setek tysięcy wydanych na makulaturę nie można wykorzystać w inny, bardziej użyteczny dla regionu sposób?
Są miasta ( jak Chorzów, i to im się bardzo chwali), które przeznaczają specjalne tablice na materiały wyborcze. Ale w innych za możliwość pokazania po jednym swoim plakacie na betonowych słupach ogłoszeniowych trzeba zapłacić nawet 3000 zł za tydzień, miejsce na latarniach może być jeszcze droższe. Myślę, że komentarz jest zbyteczny a każdy ma własne refleksje w tym temacie.

Pojawiła się tez w naszym kraju nowa dyscyplina sportu, dyscyplina, w której jak nic możemy aspirować do tytułu mistrzów świata nie obawiając się konkurencji. Wyścigi w tapetowaniu. Główne reguły tej gry polegają na sukcesywnym zaklejaniu się nawzajem, im sprytniej, im szybciej tym lepiej. Oto nakleja się plakat w przeznaczonym miejscu, a dziesięć minut później przyczajona w cieniu konkurencja chlast chlast, zakleja swoim. I tak w kółko. Swoiste warsztaty papier-mâché… Zamiast oklasków i wiwatów kibiców słychać tylko dźwięk zacierania rąk przez właścicieli drukarni :)
Za dwa tygodnie zostanie z tego  kupa śmieci, niepotrzebnej już makulatury zalegającej nasze ulice, banery trafią na wysypiska śmieci, ulotki do śmietników ( choć niektóre twarze towarzyszyć nam będą pewnie aż do Sylwestra, gdyż po wyborach jakoś dziwnie opada energia do spełniania deklaracji posprzątania po sobie).
Jednym pomysłem chcę się podzielić. Zróbmy choć z części tych niepotrzebnych już materiałów jakiś użytek. Przeróbmy banery na przykład na torby i zlicytujmy na jakiś szczytny cel. Torby z banerów klubów sportowych są dziś hitem w świecie i sprzedają się za spore pieniądze. Politycy też mają przecież swoich fanów, prawda? No to dzieła koledzy kandydaci. Ja składam taką deklarację, wiem już nawet na jaki cel chcę je zlicytować.

Polityka nie musi być sztywna i nadęta. nie musi być papierowa. Niech się ten wyborczy śmietnik przynajmniej do czegoś przyda. Trochę humoru i rock and rolla, proszę państwa

Jak Scarlett O’Hara

Nie trzeba wyjątkowo się przyglądać, wystarczy zajrzeć na facebook, szczególnie  późnym wieczorem, w nocy, wystarczy posłuchać (a nawet niechcący podsłuchać) przypadkowej rozmowy telefonicznej, porozmawiać z bliskim znajomym a nawet, czy może przede wszystkim, przyjrzeć się sobie. Słowa, gesty, zachowania. Jak często zdarza nam się zrobić coś bez zastanowienia, bo tak, bo impuls, bo nerwy, bo wściekłość. zaślepieni chwilą, nie patrząc na nic, reagujemy nagle, zapominając, że wypowiedzianych słów nie da się już cofnąć. Ile razy zdarzyło wam się żałować rzuconego kamienia, obraźliwego słowa, krzyku, ciosu zadanego w szale. Ile poranionych ludzi, zerwanych miłości i znajomości, ile zasłoniętych luster, w które przez długi czas nie sposób spojrzeć?
Zauważam czasem „usunięte” posty czy komentarze, rozmawiam czasem z kimś i tak wiele razy słyszę ” żałuję, że to zrobiłam, żałuję, że to powiedziałem, byłem zły, nie pomyślałam…”.
I tak płynie fala zalewającego nas hejtu, nienawiści, pretensji i wyzwisk. Bo są słowa, które, jeśli padną, mają siłę śmiercionośnej broni. I jak broń ranią śmiertelnie. Słowa i gesty po których już nic nie jest takie samo. I już nigdy nie będzie.
Wymyśliłam sobie kiedyś na to metodę. Na własny użytek nazwałam ją „metodą kwadransową”. Ameryki nie odkryłam, bo komu z nas mama czy babcia nie mówiła „policz do dziesięciu”, prawda? Ja liczę do kwadransa. Kiedy szaleje wściekłość, kiedy czerwona mgła zasłania nam oczy, kiedy czujemy wszechogarniającą furię pozwólmy sobie na nią. Ale za kwadrans. Zrób cokolwiek, wynieś śmieci, pozmywaj, zrób sto przysiadów… wściekniesz się, uderzysz, OK- ale za kwadrans. Może uratujesz coś, co przed kwadransem bezpowrotnie byś zniszczył. Również własną twarz.
Czasem warto pomyśleć jak Scarlet O’ Hara: ” Jutro, pomyślę o tym jutro”.